Walentynkowy wieczór

W walentynkowy wieczór widziałam coś przepięknego.

Mój stosunek do musicali jest mniej więcej taki jak do burgerów – niech istnieją, ale nie zmuszajcie mnie do korzystania z tego dobrodziejstwa. Jednakże, w pewnym momencie Niekończącej Się Zimy nadeszły Walentynki, a zatem, chcąc nie chcąc, trzeba było się gdzieś wybrać. Propozycje teatrów nieco mnie zażenowały, a nauczona doświadczeniem poprzedniego roku wiem, że od złej sztuki sto razy lepsza jest żadna sztuka – w drugim przypadku po prostu się nudzisz, a w pierwszym w Twojej psychice tworzy się trwały, rwący bólem ślad. Pozostało więc kino, a w nim jedynie dwie sensowne propozycje, z czego jedna z nich jest dramatem wojennym. Aby nie odnaleźć zbyt wielu analogii do swojego związku, zasugerowałam Mężowi tę drugą. Kupił bilety dwie minuty później, czym udowodnił jak lekkomyślni mogą być ludzie prawdziwi zakochani.

W walentynkowy wieczór, wbrew głęboko tkwiącym w nas stereotypom, wybraliśmy się więc na musical. Do kina, w którym masz ochotę założyć maskę anty-smogową, żeby nie czuć zapachu prażonej kukurydzy (kto, ja się pytam, wpadł na pomysł, że idealną przekąską do kina jest coś o tak intensywnym zapachu? czemu nie poszedł na całość i nie zaproponował aromatycznej zupy cebulowej?).

W walentynkowy wieczór w gruncie rzeczy byłam bardzo szczęśliwa – po części dlatego, że po prostu spędzałam wieczór z kimś, kogo kocham, a po części, ponieważ, mimo pełniutkiej sali, mój Spryciarz zdążył wykupić najlepsze miejsca – oby dzieci odziedziczyły zaradność po ojcu.

W walentynkowy wieczór niesamowicie zażenował mnie poziom reklam w kinie – jak to świadczy o filmie, że już na jego trailerze ziewam i w najmniejszym stopniu nie obchodzi mnie co się wydarzy?

W walentynkowy wieczór pokazano mi, czym są marzenia, dlaczego świat potrzebuje marzycieli i dlaczego ja ich tak bardzo kocham i szczerze podziwiam. Przypomniałam też sobie o czym ja marzę.

W walentynkowy wieczór obejrzałam tyle fantastycznych choreografii i wysłuchałam tak dużo pięknej muzyki, że zatęskniłam za tym już w momencie wyjścia na parking. Na szczęście Bóg stworzył Youtube, więc od kilku dni właściwie cały czas słucham ścieżki dźwiękowej, a jeśli nie słucham to sama ją sobie podśpiewuję. Mąż też, ale, jak na mężczyznę przystało, nie przyzna się do tego, więc zapobiegawczo śpiewa „city of socks, are you smelling just for me…”.

W walentynkowy wieczór poznałam piękną historię miłosną, która sprawiła, że do ostatniej sceny mocno kibicowałam głównym bohaterom.

W walentynkowy wieczór obejrzałam film, w którym nie było przemocy, nie było seksu, nie było nagości, co przywróciło mi wiarę w kino – okazuje się, że taki „nudny” obraz może nie tylko cieszyć się popularnością, zdobyć czternaście nominacji do Oskara i prawie miesiąc po premierze przyciągnąć pełną salę widzów, ale przede wszystkim naprawdę zachwycić. Właśnie zachwyt jest tym, czego często brakuje mi, kiedy coś oglądam.

W walentynkowy wieczór uroniłam łzę w ostatnich minutach filmu, do czego trudno mi się przyznać, ale jeszcze trudniej do tego, że do dzisiaj te ostatnie minuty rozrywają mi serce.

W walentynkowy wieczór jeszcze nie wiedziałam, że będę gorąco polecać Wam obejrzenie „La la land”. Ale po kilku dniach, w czasie których ten film nie chce mnie opuścić i niezliczonych przemyśleniach na jego temat, stwierdzam, że dzisiaj naprawdę już takich filmów nie robią i chociażby dlatego polecam go każdemu, nie tylko osobom z tak rozbuchaną emocjonalnością jak moja.

To tyle chciałam powiedzieć o moim walentynkowym wieczorze.

Całym sercem kochająca marzycieli,

Ania

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s