Leczenie chomikowania, czyli „Magia sprzątania” Marie Kondo

Lubię jeść, ale nie lubię gotować. Lubię mieć nowe rzeczy, ale nie lubię zakupów. I w końcu – lubię porządek, ale nie lubię sprzątać. Tym samym nadaję sobie miano heroiny dnia codziennego.

Przeczytałam kilka pozytywnych recenzji książki Marie Kondo „Magia sprzątania”. Najlepszym powodem sięgnięcia po tę książkę jest fakt, że niektórzy rzeczywiście zaczęli po jej przeczytaniu sprzątać. I nie chodzi tu o pobieganie po domu ze ściereczką z mikrofibry! Książka jest raczej o organizacji przestrzeni, przede wszystkim przedmiotów znajdujących się w niej.

Sprzątanie jest poważniejszą sprawą niż może nam się zdawać. Piszę Wam to ja – pierwszy chomik RP. Większość z nas ma problem z dwoma rzeczami, które są kluczem do zachowania porządku: wyrzucaniem zbędnych rzeczy i odkładaniem przedmiotów na miejsce. Brzmi to bardzo trywialnie, ale problem z wyrzucaniem zwykle jest poparty czymś głębszym – tęsknotą za przeszłością lub lękiem przed przyszłością. Wszystkie przedmioty, które posiadam mogę podzielić na trzy grupy:

1.nie wyrzucę tego, bo ciągle tego używam
2.nie wyrzucę tego, bo wiążą się z tym pewne wspomnienia/to pamiątka
3.nie wyrzucę tego, bo być może wykorzystam to w przyszłości/może się przydać

Dlatego, że nie mieszkam sama jest też grupa rzeczy „nie wyrzucę, bo nie należy to do mnie”, ale to jest w tym momencie mniej istotne. Logika wskazywałaby na to, żeby zachować tylko przedmioty z grupy pierwszej. Marie Kondo jest jednak pod tym względem jeszcze bardziej bezkompromisowa i niczym Laska z Polski zadaje tylko jedno ważne pytanie: czy ta rzecz sprawia Ci radość? Jeśli tak, zachowaj ją. Jeśli nie, pozwól jej odejść.

Sprzątanie zaczyna się więc w głowie. Rada Marie, którą powoli staram się wprowadzać w swoje życie to wdzięczność do przedmiotów. Nie wiem, czy w moim przypadku nie jest to bardziej radość z korzystania z nich. Każdy przedmiot ma swoją rolę w moim życiu. Nawet jeśli jest to nietrafiony prezent, którego nigdy nie użyłam – dał mi radość w momencie, kiedy go dostawałam, bo ktoś pomyślał o mnie, pamiętał o moich urodzinach, chciał mi sprawić przyjemność. Jeśli teraz go nie używam – cóż, spełnił swoją rolę i mogę dać mu odejść, co, jak wiemy, jest największym dowodem miłości. Marie proponuje zapakowanie wszystkich niedających radość przedmiotów w worki na śmieci i wyrzucenie ich. Wierzę jednak, że te niezniszczone, ładne ubrania, sprzęty, akcesoria można także dość szybko wykorzystać lepiej – sprzedać, oddać fundacjom charytatywnym lub po prostu spytać na fejsie czy ktoś ze znajomych nie potrzebuje odkurzacza/czarnego swetra/zestawu szklanek. Może przy okazji odgruzowywania przestrzeni uda się zdobyć kilka złotych (warto też posprawdzać kieszenie płaszczy i marynarek w tym celu).

Powolutku, czyli zupełnie niezgodnie z poradami Marie Kondo, wprowadzam zmiany do siebie. Autorka proponuje bowiem rozwiązanie totalne – posprzątać wszystko na raz, za jednym zamachem. Musi to być niezwykle efektywne, satysfakcjonujące, ale też męczące. Dlatego ja dzielę sobie porządki na mniejsze etapy i wykonuję je czasami rano, czasem po pracy (widok mnie sprzątającej kuchnię czy segregującej lakiery do paznokci o pierwszej w nocy już dawno przestał dziwić mojego męża – nocne porządki są najlepsze!).

Jeśli masz w sobie chociaż malutką wolę zmian albo czujesz „przekleństwo posiadania” (ten piękny termin używa, a może nawet wymyśliła, moja Mama) i przytłoczenie nadmiarem przedmiotów, książka na pewno pomoże Ci w refleksji nad tym, po co je trzymasz i dlaczego część z nich możesz już wyrzucić. Podobnie jak w „Lekcjach Madame Chic” prawie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Może zaczniesz układać ubrania w szafie pionowo. Może oddasz komuś komplet porcelany, którego nigdy nie użyłeś i tylko Cię drażnił. Może wyrzucisz połowę swoich rzeczy, zachodząc w głowę po co je trzymałeś. A może przestaniesz wreszcie robić zapasy. Z tymi zapasami sprawa jest trochę kontrowersyjna. Marie Kondo stanowczo odradza. Ja mam mieszane uczucia. Czasem zdarza mi się kupić więcej żeli pod prysznic, trwałych artykułów spożywczych czy bielizny, kiedy są objęte promocją. Wiem, że i tak będę kupować te rzeczy w najbliższym czasie, więc po prostu robię to wcześniej, oszczędzając kilka lub kilkanaście złotych. Tylko, że czasem czuję się niewolnikiem tych przedmiotów. Mam ochotę kupić żel o innym zapachu, ale mam już w domu zapas pięciu i nie chcę dokładać. Albo, szukając pomysłu na obiad, ograniczam się do zawartości mojej zamrażarki (dwóch zamrażarek – mam całkiem niezłe pole do popisu w magazynowaniu), gdzie schomikowałam trochę jedzenia. Rzeczy dają największą radość wtedy, kiedy możemy ich użyć od razu po zakupie. Zgadzam się z tym, ale ciągle nie mam jednoznacznego stanowiska wobec kupowania na zapas (oczywiście w rozsądnych ilościach).

Nie bójmy się kochać przedmiotów, przywiązywać do nich i cieszyć się nimi. To chyba dzisiaj dość niemodne, bo promowane jest nieprzejmowanie się przedmiotami. Ja mam rzeczy, które kocham i z przyjemnością korzystam z nich codziennie. I nawet Miron Białoszewski doceniał przedmioty codziennego użytku i tak pisał w „Szarych eminencjach zachwytu”:

Jakże się cieszę,
że jesteś niebem i kalejdoskopem,
że masz tyle sztucznych gwiazd,
że tak świecisz w monstrancji jasności,
gdy podnieść twoje wydrążone
pół-globu
dokoła oczu,
pod powietrze.
Jakżeś nieprzecedzona w bogactwie,
łyżko durszlakowa!

Pozdrawiam,

Ania

Anna Kiedrzyńska
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s