Ślubne marzenia z dzieciństwa, czyli dawno i nieprawda

Ten post miał być opublikowany w Dzień Dziecka, ale sesja.

Ślub z księciem to zwykle jedno z dziecięcych dziewczęcych marzeń. Ja także o nim marzyłam, ale kiedy teraz przypominam sobie swoje wyobrażenia na jego temat, chce mi się śmiać. Dzisiaj, z różnych powodów, nie zgodziłabym się na realizację żadnego z tych marzeń. Nie dlatego, że dorosłam – nadal kocham róż, prawdopodobnie to będzie kolor przewodni w dekoracjach i dodatkach (pasuje do mojego mózgu), no i chciałabym tańczyć pierwszy taniec do piosenki z bajki Disneya. Po prostu mój gust się zmienił. I nadal się zmienia. Mniej więcej co sezon, więc cieszę się, że nie musiałam podejmować żadnych ślubnych decyzji wczesną wiosną. Z wyjątkiem wyboru partnera, ale to nie zmieni się nigdy.

A oto moje kilka marzeń z dzieciństwa, którym dzisiaj już podziękuję.

1. Ślub na plaży – tylko ja i On.

Nadal wydaje mi się to w jakiś sposób urocze – bez niepotrzebnego blichtru, zamieszania, tego wszystkiego, czego na pewno narzeczeni i później nowożeńcy nie potrzebują. Krótka ceremonia przy zachodzie słońca na pustej plaży i późniejsze skonsumowanie słodkiego wina w towarzystwie świeżo poślubionego męża. Pięknie, intymnie i romantycznie.

Ale dzisiaj, kiedy już stałam się fanatycznym katolem, to kościół jest najodpowiedniejszym miejscem na mój ślub. Dla mnie to miejsce jest święte i chcę zawierać sakrament małżeństwa właśnie w świętym miejscu. Idealne rozwiązanie to kościół położony przy plaży, na którą można wyjść zaraz po ceremonii.

I tutaj jest kolejne „ale”. Dziś wcale nie chciałabym, żebyśmy byli na naszym ślubie tylko we dwoje. Wzrusza mnie i cieszy, kiedy widzę, jak cieszą się nasi przyjaciele i osoby z rodziny z tego, że będą mogli nam towarzyszyć tego dnia, również doświadczać naszych emocji i wspierać oraz pomagać. Organizacja ślubu uświadomiła mi, że wokół mnie jest mnóstwo życzliwych osób, które bardzo mnie lubią i chcą mi pomóc – rzadko zdarza się, że ktoś odmawia pomocy, dużo częściej ludzie sami ją oferują.

2. Suknia z November Rain.

Każdy z Was kojarzy ten piękny utwór, piękny teledysk i piękną suknię. To znaczy, dzisiaj suknia obiektywnie wcale mi się nie podoba, ale świetnie pasuje do tej panny młodej, a chyba właśnie o to chodzi, żeby suknia podkreślała charakter dziewczyny, która ją zakłada (cóż, w takim wypadku, moja powinna być różowa, a nie biała, ale z niektórych tradycji nie rezygnuję, między innymi z tej). Kiedyś myślałam, że moja suknia też tak będzie wyglądać. Dzisiaj w ogóle przywiązuję dużo mniejszą uwagę do ubrań. Pisząc ten tekst mam na sobie dres, a na wszystkie rodzinne chrzciny, komunie, urodziny, śluby, a także akademie, konferencje i egzaminy chodzę od kilku lat w tej samej sukience (którą uwielbiam i jest to zdecydowanie moja „mała czarna”, choć jest szara w kwiatowy motyw; mam ją na sobie także teraz, kiedy edytuję tekst). Odkąd stałam się stara, a stało się to jakieś półtora roku temu, zaczęłam kiepsko się czuć w bardzo krótkich spódniczkach. No i pewnie nie przestrzegam zasad etykiety w stu procentach, ale nie weszłabym do kościoła ani nie usiadła do stołu z odkrytymi ramionami, no.

W sukni z Novemeber Rain może bym nie umarła, ale na pewno niekomfortowo się czuła.

W moich marzeniach przewijały się też gdzieś suknie księżniczki, suknie z czarnymi motywami i inne, które dziś już mnie nie przekonują.

A z teledyskowych marzeń spełni się przynajmniej to, że pojadę do ślubu cabrio.

3. Piknik.

Całym sercem nie pożegnałam się z tym pomysłem, ale wiele racjonalnych argumentów sprawiło, że ślub plenerowy rodem z Ani z Zielonego Wzgórza stał się trochę odrealnionym marzeniem. Nie żałuję, bo mam urodziny w lipcu, więc co roku mam co najmniej jedną okazję, żeby urządzić imprezę plenerową przy (zazwyczaj) ładnej pogodzie. Poza tym, piknik trochę umniejsza rangę tej uroczystości, choć kiedyś chciałam, żeby było całkowicie…

4. …na wesoło.

Nie zrozumcie mnie źle – nie chcę, żeby mój ślub płacząco-rzewną oprawą przypominał uroczysty pogrzeb, a wesele było eleganckim bankietem, na którym połowa gości nie ma pojęcia, w jaki sposób się je podawane potrawy. Chcę, żeby było radośnie, rodzinnie i swobodnie. Chciałabym, żeby goście nie czuli się jak na weselu (mnie wesela kojarzą się z czymś trochę nieswojskim i odrobinę pozerskim, chociażby dlatego, że na co dzień nie ubieramy się w ten sposób, nie jemy tyle i nie korzystamy z życia w sposób materialny w takim stopniu – chyba, że czyta mnie Kulczyk to pozdrawiam!), ale jak na fajnej imprezie, gdzie się dobrze bawią.

Jednak dla mnie ślub jest wydarzeniem dużej rangi i zarówno oprawa w kościele musi być uroczysta (mnie nie śmieszą naklejki na buty „game over” ani państwo młodzi udający, że się wahają w momencie przysięgi) jak i świętowanie powinno być godne. Dlatego nie jestem fanką wesel tematycznych, moim zdaniem umniejsza to rangę uroczystości. Wesele jest jedno (zazwyczaj), a imprez tematycznych można urządzić mnóstwo – na przykład co roku w urodziny, w Sylwestra. Można także wykorzystać wieczór panieński na imprezę z konkretnym motywem (swoją drogą – mój już za mną i, jeśli to czytacie dziewczyny, to jeszcze raz dziękuję! ♥).

Mam podobny stosunek także do dodatków – chociażby zaproszeń. Nawet jeśli śmieszą mnie zabawne zaproszenia, ja z nich nie skorzystałam. Przy okazji przygotowań ślubnych zorientowałam się, że naprawdę lubię klasykę i nawet dość drobne odstępstwa nie przeszły. Zależy jeszcze co rozumiemy jako „klasykę” – jeśli zarżnięte prosie to jednak nie jestem klasyczna.

Czy Wy też tak macie, że niektóre Wasze marzenia zmieniają swoją swoją formę wręcz z roku na rok? Mnie uświadomiły o tym nie tylko refleksje związane ze ślubem, ale także „listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią”, które tworzyłam w poprzednich latach. Na niektórych rzeczach, które tam wypunktowywałam dziś wcale mi nie zależy. Wydaje mi się, że to dobre, bo to chyba świadczy o jakimś minimalnym rozwoju (albo cofaniu się, ale na pewno jakimś ruchu, no).

Z jakich marzeń Wy dobrowolnie zrezygnowaliście? Czy jakieś dzisiaj Was śmieszą lub dziwią?

Idę wykorzystywać ostatnie dwa tygodnie panieństwa. To ostatnie chwile, żeby posprzątać i zrobić ciasto w domu rodzinnym! (#ekscytacja #introwertyka)

Pięknego dnia, weekendu i życia!

Ania

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Ślubne marzenia z dzieciństwa, czyli dawno i nieprawda

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s