Jak odzyskałam twarz, czyli moje refleksje po pół roku bez makijażu

O tym, że istnieją kosmetyki kolorowe (inne niż czerwona szminka, której zdarzało mi się użyć średnio raz na dwa tygodnie) przypomniał mi w zeszłym tygodniu pewien filmik. Bo od lipca zdążyłam o nich zupełnie zapomnieć. W wakacje, kiedy pisałam pierwszy post na ten temat, myślałam „spoko, spoko, wrócę do szkoły i znowu zacznę się tapetować, BO BĘDZIE MI GŁUPIO”. Wróciłam, no i nie jest. A nawet zauważyłam, że całe mnóstwo dziewcząt w moim wieku (a przypominam, że jest to nędzne dwadzieścia lat, więc nadal więcej w nas trądziku gówniarza niż zmarszczek dojrzałości) się nie maluje. I wyglądają świetnie, serio. I ja też wyglądam świetnie #skromność.

Na początku było mi trochę głupio, dziwnie, nago i „jak ja wyglądam”. Ale słowo się rzekło, wszelkie kosmetyki kolorowe wylądowały w kosmetyczce Siostry, a do widoku mojej nagiej twarzy zaczęłam się przyzwyczajać. Jak już pisałam, stan mojej cery trochę się poprawił, ale teraz zima znów wystawiła ją na ciężką próbę i aktualnie szukam dobrego kremu NA MRÓZ (czyli nie posiadającego w składzie WODY na pierwszym miejscu – niestety, większość kremów dla maluchów tę wodę ma). Może używacie czegoś fajnego i możecie polecić?

Makijażu nie brakuje mi w ogóle. Ostatnio, zainspirowana świąteczną atmosferą i filmikiem, który podlinkowałam wyżej, lekko się pomalowałam i wyglądałam jakoś dziwnie. Uwielbiam wszystko, co złote i złoty cień w zeszłym roku też uwielbiałam, ale chyba drugi raz nie przekona mnie połączenie cień plus moja twarz.

Plusy niemalowania się wypisałam już kilka miesięcy temu. I to, że mam więcej czasu podtrzymuję – od momentu wstania do wyjścia (bez śniadania; uprzedzę Dbających O Zdrowie – po niedługim czasie wracam do domu na śniadanie) potrzebuję mniej niż dwudziestu minut (i to w trybie „ale zimno, ale zimno, czemu chcę włożyć jeansy, przecież zesztywnieją na mrozie i umrę” – typowej porannej walki ze sobą). W ramach poprawienia się stanu skóry twarzy, pisałam też o płatkach owsianych. I płatki są ok, ale chyba powinnam już poszukać czegoś innego, bo ciągle widzę delikatne podrażnienie (to jest jednak, delikatny bo delikatny, ale peeling, więc nie powinien być wykonywany dwa razy dziennie – eureka, Aniu, eureka…).

Namądrowałam się, a Wy pewnie i tak pomyślicie: ta, wymyślasz filozofię, a tak naprawdę nie malujesz się, bo wzruszasz się średnio cztery razy na godzinę i byłabyś wieczną pandą!

No i przejrzeliście mnie.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Jak odzyskałam twarz, czyli moje refleksje po pół roku bez makijażu

  1. Podziwiam Cię, serio.
    Chciałabym dojrzeć do tego, żeby nie malować się wcale. Fakt że może nie nakładam na twarz jakiejś grubej tapety, ale jednak mam pewne minimum bez którego czuję się źle.

    1. Początek był dość trudny, ale później wygrało przyzwyczajenie, wygoda (i lenistwo ;)).
      Jedyny dyskomfort jaki odczuwam to moja skłonność do rumienienia się – teraz jest to trochę bardziej widoczne, ale cóż – NIE MAM NIC DO UKRYCIA :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s