10 aplikacji, które polecam, czyli moje życie ze Slowfonem

Jakieś dwa lata temu dostałam na gwiazdkę telefon. Trochę się zdziwiłam, bo przecież jeden już miałam. Ale z tego nowego jakoś wygodniej pisało się wiadomości, miał przyjemniejszy interfejs, a nawet dało się z niego połączyć z internetem za pomocą Wi-Fi.
Rok później zorientowałam się, że można z nim zrobić coś jeszcze – ściągać na niego aplikacje. I od tej pory mój Samsung pozbył się panieńskiego nazwiska i przyjął nowe – Slowfon. Bo chciałam mieć każdą aplikację i każda mi była potrzebna.
W końcu Slowfon przestał reagować na moje polecenia i musieliśmy podjąć poważny krok – dietę odchudzającą. Prawie się udało. I dzisiaj przedstawimy Wam, jakie składniki pokarmowe postanowiliśmy zatrzymać, dla obopólnego komfortu.
1. Pismo Święte. Kiedyś stworzyłam sobie listę rzeczy, które chciałabym zrobić zanim wreszcie umrę. Jedną z nich było przeczytanie Biblii. Niedawno postanowiłam, że nie będę czekać do śmierci, tylko zrobię to do końca roku kalendarzowego. I Biblia w komórce bardzo to ułatwia – często czytam po kilka rozdziałów w autobusie i na przystankach, czyli tam, gdzie toczy się większość mojego życia.
2. Listonic. Mniej hipsterska od poprzedniej apka, o której pewnie słyszeliście. Listonic to mobilna lista zakupów, ale ja dość rzadko używam jej w tym celu. Mam za to tam spisane moje „listy życzeń” – ubraniowe, kosmetyczne, książkowe. Powoli odhaczam sobie elementy i staję się spełnionym, biednym człowiekiem.
3. Memrise. Może już się zorientowaliście, że rzucam się na nowe języki jak szczerbaty na suchary. Był już epizodzik z rosyjskim, a teraz bawię się hiszpańskim. W tej zabawie towarzyszą mi dwie aplikacje – jedną z nich jest właśnie Memrise. Ma jeden minus – żeby z niej korzystać, trzeba być podłączonym do internetu, więc nauka w autobusie dla mnie odpada – nie mam pakietu internetowego i jestem zbyt nieśmiała, żeby podejść do kogoś i spytać czy zafunduje mi podróż za jeden uśmiech, udostępniając Wi-Fi. Ale lubię sobie rano chwycić za telefon i wchłonąć kilka słówek, jeszcze na śpiku.
4. Duolingo. Mój drugi przyjaciel językowej przygody. O ile Memrise służy raczej do zapamiętywania pojedynczych słówek, w Duolingo pojawia się więcej zdań i nauka zdaje się bardziej kompleksowa. Być może dlatego właśnie rzadziej z niego korzystam.
5. Open.fm. Radio internetowe, które posiada mnóstwo stacji, na każdy mój nastrój. Ciekawe, najczęściej jest to „Praca”.
6. Water your body. Nie jest tajemnicą, że lubię sobie wypić i odkąd pamiętam noszę do szkoły pół litra. Ale pół litra to za mało – według aplikacji Water your body osoba o mojej masie powinna pić co najmniej 1700 ml wody w ciągu dnia. A aplikacja może o tym przypominać, ale przypomnienia wyłączyłam, bo ich dźwięk sprawiał, że ludzie patrzyli, czy właśnie nie zrobiła się pode mną kałuża (jeśli jesteście ciekawi – zainstalujcie i sprawdźcie sami).
7. DIC-o Słownik angielsko-polski. Niezastąpiona pomoc na lektoracie z angielskiego i w innych sytuacjach, w których w mojej głowie pojawi się jakieś pytanie o słówko.
8. Clean Master. Perfekcyjny Pan Telefonu. Czyści rejestr, prowadzi za rękę przez proces deinstalacji. Zawsze gotowy do pomocy.
9. Pou. Jeśli zażenował Cię ten punkt, pozwól, że się wytłumaczę. Czasem mam ochotę na małe odmóżdżenie, na przykład wracając autobusem po ciężkim dniu (a nie mówiłam, że całe moje życie toczy się w MPK?) i wtedy sięgam po minigierki, które są zawarte w Pou. Szczególnie lubię Sudoku. Koniec tłumaczenia.
10. Bank, pogoda, Ovuwiew, aplikacja sieci komórkowej. W tym punkcie wymieniłam aplikacje, z których często korzystam, ale nie zmieniają mojego życia. Bank w telefonie, pogoda na tapecie, którą można sprawdzić jednym kliknięciem (albo wyjrzeniem przez okno, ale dajmy spokój logice) czy aplikacja sieci to po prostu gadżety przydatne na co dzień. Ovuwiew to natomiast jedna z wielu aplikacji tylko dla dziewczyn. I na tym skończmy, bo piszę zdanie kończące ten akapit trzeci raz i wreszcie nie jest nieprzyzwoicie głupie.

Jest też co najmniej kilka aplikacji, które się u mnie nie sprawdziły, ale zostawię ten kotlecik do podgrzania kiedyś, gdy zabraknie mi weny na jakiś sensowny post. Wówczas przygotujcie się na hejt na apki. Hejtnaapki. Fajnie brzmi.

Kończę pracę na dziś i lecę celebrować mój siedmiodniowy weekend. Oczywiście spędzany w łóżku. Mam wrażenie, że mój organizm ma w sobie jakiś weekendowy alert – hej, wreszcie masz czas pochorować, skorzystaj z tego. No i korzysta, niestety.

Miłego i zdrowego weekendu!
Ania

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s