5 sytuacji z mojego życia, w których wydaje mi się, że gram w filmie, czyli moje (nie)zwykłe dni

Pewnego dnia wydam poradnik „Co robić, kiedy ludzie mówią Ci, że masz schizofrenię”. Prawdopodobnie będzie się składał z jednego zdania: Powiedz im, że też lubisz jajecznicę.

Prawda jest taka, że nie zdiagnozowano u mnie żadnej choroby psychicznej, ale podejrzewam u siebie ich dziesiątki – od depresji w wietrzne, złe dni po autyzm („mam iść przez park? wykluczone! przecież ja nigdy nie chodzę przez park! nie mogę zmienić swojego schematu!”). A czasem po prostu idę sobie ulicą i wyobrażam sobie, że jestem bohaterką filmu (idealnie, kiedy towarzyszy mi muzyka w tle, tworząca soundtrack do mojego życia). I wcale nie myślę o tym, kiedy uciekam z sercem w gaciach przed goniącymi mnie dresami. Bohaterką filmu jestem w zwyczajnych sytuacjach, takich, jakie przeżywa niejeden z Was. A oto pięć z nich.

1. Poranki w San Francisco. O magii poranków wspominałam już nie raz, podobnie jak o magii mojego miejsca zamieszkania (przypominam – Dziki Zachód; można nakręcić western, bo nawet sklep naprzeciwko nazywa się „Rancho”). Ale jeśli jesteś na moim blogu po raz pierwszy to dopiero teraz się dowiesz, że idąc w górę miasta w mglisty poranek przy wschodzie słońca czuję się jak bohaterka serialu nakręcanego w San Francisco, mieście, w którym także idziemy ciągle w górę lub w dół. I jestem śpiąca, ale szczęśliwa.

2. Taniec na ulicy. Scena rodem z komedii romantycznej – zakochani, słysząc muzykę gdzieś na ulicy, zatrzymują się i zaczynają tańczyć, ewentualnie tańczą idąc. Dla mnie i mojego Narzeczonego to codzienność – bardzo często tańczymy na ulicy czy w innych dziwnych miejscach (zdarzyło się między innymi w aptece i w wydziale komunikacji). Taka drobna spontaniczność poprawia humor nie tylko nam, ale często też ludziom, którzy to widzą. A podrygiwanie do muzyki w marketach mam chyba we krwi – pamiętam rodzinne wypady na zakupy (gdzie te czasy?), w trakcie których często przemierzaliśmy z Tatą galerię handlową tanecznym krokiem.

Bo tak w ogóle: czy znajdujecie inny powód dla muzyki puszczanej w sklepach niż sprowokowanie klientów do tańca?

3. Wieczory po ratowaniu świata. Kiedy wracam do domu późno, trudno się ze mną rozmawia. Zwykle patrzę przez okno samochodu/autobusu i mam w głowie tysiące myśli, całe życie przelatuje mi przed oczami. Tak samo mają niektórzy superbohaterowie, którzy po ciężkim dniu spędzonym na ratowaniu świata robią się na wieczór melancholijni. W tle piosenka „Down” Jasona Walkera i zbliżenie na zamyśloną twarz głównej bohaterki. Tak właśnie widzę tę scenę.

4. Idę jedyną ładną ulicą w Łodzi wieczorem. O tym, że Łódź jest szpetna i nie kocha swoich dzieci słyszeliście pewnie nie raz. Ile w tym prawdy – sama nie wiem. Wiadomo, że gdybym mogła wybierać to zamieszkałabym we Wrocławiu. Zaraz, przecież ja mogę wybierać…

[przerwa na przeglądanie stron z ogłoszeniami]

Jest jednak w Łodzi jedna ładna ulica, o której ci, którzy tam nigdy nie bywają mówią, że już umarła. Tymczasem latem naprawdę ciężko znaleźć wieczorem wolny stolik, a i w sezonie zimowym to właśnie w pubach na Piotrkowskiej kręci się życie nocne łodzian. O tym, że Piotrkowska byłaby fajnym plenerem serialu myślę już od kilku lat, w mojej głowie przewinęło się już wiele pomysłów, ale wciąż brakuje głównego wątku, który sprawiłby, że mój pierwszy scenariusz serialu nie byłby „Klanem” z Lubiczami z Limanki.

5. Moje sny.  Na Fejsbuniu jest taka fajna stronka „Śniło mi się, że”. Ja jednak swoich snów tam nie wysyłam, bo zwykle występują w nich jakieś osobiste elementy, a poza tym mogłyby się do mnie zgłosić tłumy psychoanalityków. Moje sny są dziwne, najczęściej inspirowane filmami akcji, których zresztą nie oglądam. I zwykle jestem w nich wojowniczką, superbohaterką, szalonym człowiekiem. I chyba mogłyby być niezłą inspiracją do scenariusza filmowego.

W ten sposób przeżyliście ze mną cały filmowy dzień, który był do bólu zwyczajny, a jednak dawałam radę napisać o nim coś więcej niż „obiad był dobry”.

Dzięki za przeczytanie,

Ania

Post jest odpowiedzią na ostatnią część wyzwania Różowej Klary „Październik w słowach” – „(Nie)zwykły dzień”. Udział w wyzwaniu był dla mnie super sprawą – zmobilizował mnie do napisania kilku, jak nieskromnie mniemam, niezłych postów (w mojej ocenie biorę pod uwagę między innymi Waszą aktywność pod „wyzwaniowymi” postami – liczbę wejść i komentarzy). Z tego miejsca dziękuję Klarze za zorganizowanie wyzwania i zapraszam Was na jej bloga – może zechcecie wziąć udział w kolejnym, listopadowym?

A tu możecie podejrzeć moje pozostałe odpowiedzi na wyzwanie:

1. Jestem sobą, czyli o rozmowie małej i dużej Ani.

2. Odkrycie kulinarne, czyli mały moralniak sprowokowany zwykłym owocem.

3. Radość, edycja jesienna.

4. Motywacja, czyli o najlepszym dniu Twojego życia.

Advertisements

2 uwagi do wpisu “5 sytuacji z mojego życia, w których wydaje mi się, że gram w filmie, czyli moje (nie)zwykłe dni

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s