Like a virgin, czyli 5 rzeczy, które zrobiłam w te wakacje po raz pierwszy (i żadnej z nich nie żałuję!)

Nie jestem szczególnie spontanicznym ani odważnym człowiekiem. Lubię chodzić tymi samymi ścieżkami, zaglądać w te same miejsca, słuchać tej samej muzyki, jeść to samo. Rzadko próbuję czegoś nowego. (#jestę #nudziarą)

Jednak wakacje, a wraz z nimi szał ciał, alkohol, gorące słońce i miłość do siebie, ludzi i świata sprawiają, że w tym czasie jakoś łatwiej przekonać mi się do nowości. Ale i tak nie liczcie, że na mojej liście znajdziecie pozycje typu „wciągałam kokę na Zanzibarze” albo „piłam cydr z Putinem”. To raczej małe kroki dla ludzkości, ale wielkie dla mnie, więc dzielę się nimi.

1. Pierwszy, a zarazem bardzo spontaniczny wyjazd z Narzeczonym na wakacje.

Z Michałem, który jest moim Narzeczonym od maja, jestem już ponad rok, ale w trakcie naszych pierwszych wakacji nie mieliśmy czasu wyjechać gdzieś tylko we dwoje (byliśmy w Bieszczadach większą grupą, ten wyjazd był zaplanowany z dużym wyprzedzeniem). Wiedzieliśmy, że tym razem wybierzemy się gdzieś razem, ale początkowo mówiliśmy o wrześniu. Pogoda w lipcu była jednak tak przychylna, że pewnego niedzielnego poranka (po imprezie #winoinspiruje) postanowiliśmy wyjechać nad morze, teraz, zaraz, już. Przed trzecią popołudniu mieliśmy już zarezerwowany nocleg (nie było łatwo znaleźć coś wolnego w środku lipca), a przed dziesiątą wieczorem siedzieliśmy już w Nocnym Pociągu Aż Do Końca Świata. Może nie był to całkowity spontan (je je je, wsiądź do pociągu byle jakiego…), ale jak na mnie (zwykle tydzień przed wyjazdem mam już dokładną listę zakupów i rzeczy do spakowania) i tak tempo szaleńcze.

Pomijając to, że przekonałam się, że bardzo fajnie jest czasem dać się ponieść jakieś spontanicznej myśli, przekonałam się też po raz kolejny jak fajnego mam Narzeczonego. Na co dzień jeszcze nie mieszkamy razem, więc przyjemna i ciekawa była wersja demo chociaż przez dziewięć dni (dowiedziałam się na przykład, ile kosztuje chleb i obejrzałam finał piłkarskich mistrzostw świata).

2. Oddałam krew.

Odkąd skończyłam osiemnaście lat, bardzo chciałam oddać krew. Akcje krwiodawstwa w mojej szkole wypadały jednak zawsze jakoś niekorzystnie dla mnie (kilka dni przed donacją nie można nawet łykać aspiryny i leków przeciwbólowych, ani pić alkoholu). Kiedy w końcu wiedziałam, że spełniam wszystkie warunki, zgłosiłam się i dowiedziałam…że za mało ważę. Było to dość denerwujące, bo ważyłam wówczas prawie 49 kilogramów, podczas gdy dawca musi ważyć przynajmniej pięćdziesiąt. W ciągu ostatniego roku niechcący przytyłam (chyba za mało się stresuję, bo dietę słodyczowo-jajeczną stosowałam już od lat) i osiągnęłam wagę 52 kilo, która sprawia, że jestem koksem i mogę podzielić się swoimi zasobami. Bardzo mnie to cieszy i zamierzam powtarzać co najmniej dwa razy w roku (a maksymalnie, jako kobieta, mogę cztery) – tym bardziej, że Centrum Krwiodawstwa w Łodzi leży po sąsiedzku z moją uczelnią – zawsze można skoczyć na pożyteczne wagary.

3. Zaadoptowaliśmy psa.

Piszę w liczbie mnogiej, bo, mimo że pies przybył do nas w dzień moich dwudziestych urodzin, nie jest tylko mój, ale całej mojej Rodziny. Nigdy nie mówiłam o psach, nawet tych małych, „jakie słodkie!”, a dużych z kolei się bałam. Wynikało to z pewnego przykrego spotkania z psem w moje siódme urodziny. Trzynaście lat później zamieszkał u nas Pan Mank – łaciaty kundelek, mający cechy wyżła (typowy pies myśliwski – ciągle kopie dołki na działce, a ostatnio złapał i żuł mysz). Adopcja psa to był pomysł Rodziców. Na początku nie byłam nim zachwycona, myślałam „ale PO CO nam ten pies?”.

A dzisiaj go kocham i nie pamiętam jak to było, kiedy nie było z nami P.Manka (jego imię to inicjały wszystkich członków mojej Rodziny).

4. Kupiłam skórzane baleriny.

Pamiętacie Ebenezera Scrooge’a? Prawdopodobnie byłam nim w poprzednim wcieleniu. Jestem bardzo oszczędna i przed każdym (!) zakupem kilka razy zastanawiam się „czy to na pewno jest mi potrzebne” (Michał niejednokrotnie pukał się w głowę, kiedy stałam w drogerii nad maseczką za dwa złote i pytałam „a co jeśli nie będzie dobra?”).

Moje poprzednie wiosenne buty nosiłam siedem lat. Kochałam je i byłam z nimi niesamowicie zżyta. Ale nic nie trwa wiecznie (i niebezpiecznie jest wierzyć  to, że coś trwa wiecznie) i kiedy pewnego razu szłam przez park, przemieszczając się z jednego miejsca zajęć do drugiego…odpadła mi podeszwa. Wcześniej już była pęknięta i rozglądałam się za nowymi butami, ale nic mi się nie podobało i liczyłam na to, że spędzę ze staruszkami jeszcze tydzień, a po powrocie z majówki poszukam nowych w internecie. Musiałam szybko kupić jakiekolwiek buty, żeby dojść do domu (a w międzyczasie miałam jeszcze wf – dobrze, że zapisałam się na gimnastykę i ćwiczyłyśmy w samych skarpetkach). Mijałam po drodze Pepco i nabyłam tam różowe baleriny za dziesięć złotych. Dziś mają wartość sentymentalną, bo były to moje jedyne buty, kiedy jechałam na majówkę do Wrocławia i miałam je na sobie, kiedy przyjmowałam oświadczyny.

 

Musiałam jednak nabyć buty, które zastąpiłyby mi moje siedmiolatki. W końcu wybrałam najzwyklejsze baleriny ze skóry naturalnej. Oczywiście, wahałam się, bo normalną ceną dla balerin wydawało mi się 30-50 złotych (albo dycha, no co, te z Pepco nie są takie złe), ale zapłaciłam troszkę więcej i nie żałuję, bo chodzi się w nich jak na boso. Ostatnio pewne okoliczności sprawiły, że nawet po domu chodzę w butach (pisząc ten tekst, również w nich jestem) i czuję się w nich jak w kapciach, a są dużo bardziej eleganckie. W trakcie czerwcowych upałów nie dostarczyły mi żadnych obtarć i innych przykrości – zacementowało to naszą przyjaźń.

A teraz szukam skórzanych botków, które by w miarę normalnie wyglądały, a jednocześnie dałoby się w nich chodzić. I jak zwykle, nic mi się nie podoba. Pisałam kiedyś o moim zakupowym bólu TU.

5. Zatęskniłam za szkołą.

Był czas, kiedy bardzo, bardzo nie lubiłam chodzić do szkoły. To zmieniło się w liceum, kiedy szkołę nawet polubiłam, ale nadal nigdy, przenigdy nie zdarzyło mi się za nią tęsknić.

Teraz studiuję i chyba jestem zboczona, bo kilka tygodni temu pomyślałam sobie „ale fajnie byłoby posłuchać jakiegoś ciekawego wykładu” i „jestem bardzo ciekawa zajęć z psychologii stresu”. Cóż, może to da się leczyć, a może po prostu obudziło się we mnie wewnętrzne dziecko i jakaś dziwna ciekawość świata? W ciągu ostatniego semestru i wakacji zmieniło się trochę moje podejście do nauki. Chciałabym uczyć się tych rzeczy, które rzeczywiście mnie interesują. I robić to tylko i wyłącznie dla siebie. A moje studia, przynajmniej na razie, dobrze na to pozwalają (w ciągu semestru za bardzo nie ma co robić, więc można rozwijać się w dziedzinach, które nas interesują; ja, jak już wspominałam, jestem bardzo ciekawa psychologii stresu i mam nadzieję, że w najbliższych semestrach będę miała też jakieś zajęcia z psychologii sukcesu). Pomijając to, że uczę się wielu ciekawych rzeczy, w mojej szkole jest po prostu miła atmosfera, fajni ludzie i zazwyczaj chodzę tam z przyjemnością (a kiedy Rodzice mówili, że na starość docenia się możliwość nauki to nie wierzyłam…).

Z serii „crazy is my life”: w te wakacje raz wykąpałam się także w basenie u Przyjaciółki w środku nocy, razem z większością uczestników imprezy. A w inne pofarbowałam włosy czerwoną szamponetką. I ze dwa razy w życiu (w te wakacje też!) jechałam stopem.

SZALEŃSTWA to moje drugie imię (ale pierwsze w takim razie to „Brak”).

Pozdrawiam Was serdecznie i zachęcam do dzielenia się swoimi pierwszymi razami, szaleństwami i wakacyjnymi doświadczeniami, a na nowy post zapraszam w poniedziałek,

Ania

Reklamy

6 uwag do wpisu “Like a virgin, czyli 5 rzeczy, które zrobiłam w te wakacje po raz pierwszy (i żadnej z nich nie żałuję!)

  1. Ale fajna lista :D Aż zaczęłam się zastanawiać, co ja zrobiłam po raz pierwszy w te wakacje. ;) Czasami fajnie jest zrobić coś spontanicznego, chociaż zazwyczaj też lubię mieć wszystko perfekcyjnie zaplanowane. :D

  2. świetna lista, gratuluje otwierania się na nowe rzeczy:)Chyba muszę zrobić podobną, to poprawia nastrój i pokazuje jak wiele ciekawych rzeczy robiliśmy, a o nich na co dzień nie pamiętamy:)

    1. Niektóre rzeczy przyszły mi do głowy błyskawicznie, a nad innymi musiałam chwilę pomyśleć, więc dzięki tej liście zorientowałam się, że może rzeczywiście nie jestem taka schematyczna jak myślałam ;) Fajnie byłoby móc wypisać chociaż trzy takie rzeczy w każdym miesiącu, dawać sobie okazję do wydreptywania ze swojej strefy komfortu :)

  3. ja pierwszy raz jeździłam autem! ^^ myślałam, że ciężko mi będzie ogarnąć, ale robienie prawa jazdy bardzo mi się podobało (przynajmniej przez większość czasu :P)
    co do szukania botków też mam ból, chcę zgrabne czarne i kupuję je mniej więcej od dwóch lat, ale żadne nie spełniły jeszcze moich oczekiwań (oprócz tych, które zobaczyłam u koleżanki i które były niestety z poprzedniego sezonu, czyli niedostępne :< )
    ja również od pewnego czasu zaczęłam odczuwać ekscytację i ciekawość związaną z powrotem na uczelnię, ale myślę, że jak już się rok akademicki zacznie to szybko mi minie :P
    pozdrawiam :)

    1. Dziś wyruszam na intensywne poszukiwania obuwnicze; jeśli mi się uda, na pewno dam znać (też chcę czarne, ewentualnie granatowe) :) ja przeżywałam radości i rozpacze z powodu prawa jazdy jeszcze rok temu, a dziś niestety już nie jeżdżę, ale wierzę, że kiedyś przyjdzie czas, że to tego wrócę (było to w gruncie rzeczy dość przyjemne) :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s