Lato z książką: Lekarzu, lecz się sam, czyli „Szarańcza” Gabriela Garcii Marqueza

Jest wielu pisarzy, o których mówi się, że wypada ich znać. Jeśli to prawda, urodziłam się trochę za późno. Tołstoj, Sienkiewicz czy Kafka już dawno byli żywi jedynie w swoich dziełach, kiedy ja przychodziłam na świat i nie miałam najmniejszych szans poznać ich osobiście. Ale pisarz, po którego książkę sięgnęłam ostatnio zmarł całkiem niedawno – w kwietniu bieżącego roku. Nie wykorzystałam jednak swojej szansy i jedyne, co mogę teraz zrobić to zacząć go czytać. Zaczęłam od jego pierwszej powieści – „Szarańczy” – krótkiego, ale przejmującego utworu.

Są takie książki, których klimat pozwala czytelnikowi całkowicie zanurzyć się w nich. Doświadczyłam tego przy czytaniu „Hotelu Paradise” (nawiasem mówiąc – właśnie czytam kolejną serią Marty Grimes i pewnie niebawem o niej napiszę) albo „Czekolady” Joanne Harris (czytając ją, wciąż czułam się najedzona, jakbym to ja wcinała te wszystkie łakocie, które przygotowywała Vianne). Dzień, w którym toczy się akcja „Szarańczy” jest gorący i duszny. A troje narratorów, którzy na zmianę zabierając głos, znajduje się w niewielkim pomieszczeniu, wraz z jeszcze kilkoma osobami i trupem. Trupem pewnego lekarza, najbardziej znienawidzonej osoby w Macondo.

Na ostracyzm zapracowywał sobie wiele lat. W dzień jego śmierci wszyscy skrycie się cieszyli. Wszyscy, z wyjątkiem pułkownika, Izabeli i jej syna, którzy występują w roli symbolicznej Antygony (z której fragment jest zacytowany na początku powieści) – walczą o pochówek dla doktora. Ale ta powieść to nie tylko przeniesienie konfliktu antycznego do początków XX wieku. To także retrospekcje jedenastoletniego chłopca, jego matki i dziadka, których oczami widzimy historię, klimat, ludzi i folklor Macondo. A właściwie nie tyle „widzimy”, co naprawdę jesteśmy w Macondo – zanurzamy się w tym gorącym, leniwym miasteczku.

Czytałam tę bardzo krótką powieść w autobusie. Jak już kiedyś wspominałam, poruszam się właściwie wyłącznie komunikacją miejską i zazwyczaj (z wyjątkiem sytuacji, w których się śpieszę, a autobus spóźnia się już dwadzieścia minut) jestem za to bardzo wdzięczna. Oprócz korzyści zdrowotnych (mieszkam na Dzikim Zachodzie i dojście do przystanku to dla mnie fajny, zdrowy spacer), dużo czytam, a książki do autobusu wybieram drogą selekcji rozmiarowej – mają być małe i lekkie. „Szarańcza” taka jest i wystarczyły mi chyba dwa razy odwiedzić Narzeczonego, który mieszka całkiem niedaleko, żeby ją przeczytać. Ale trochę żałuję, że nie przeczytałam jej leżąc w łóżku, za jednym zamachem – pewnie jeszcze mocniej dałabym się wciągnąć w jej klimat.Aale za to miło się wracało do Macondo.

I chyba wrócę jeszcze nie raz. Moja lista pozycji do przeczytania we wrześniu pęka w szwach (a wygląda na to, że mnóstwo czasu spędzę w tym miesiącu z Bratem, który jest zapalonym czytelnikiem, wyrywa mi każdą książkę i z nią ucieka, więc czytanie przy nim jest trochę problematyczne), ale już w październiku chciałabym przeczytać jeszcze coś Marqueza, chyba „Miłość w czasach zarazy”. A może polecacie coś innego?

A za tydzień napiszę coś o Bardzo Dziwnej Książce, której się trochę bałam (czy było czego – nadal sprawdzam, bo jestem w trakcie jej czytania).

Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam pięknego dnia, miesiąca i roku szkolnego,

Ania

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Lato z książką: Lekarzu, lecz się sam, czyli „Szarańcza” Gabriela Garcii Marqueza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s